Ja sam. Moje.

Już od dłuższego czasu bardzo chciałam tutaj napisać coś od siebie dla Was. Ten blog właśnie po to powstał, by móc wymieniać się z Wami różnymi ciekawymi spostrzeżeniami, myślami, czy pomysłami. Ale jak każdy pomysł, i ten musiał dojrzeć.

„Ja sam.” „Moje.” – dwa sformułowania bardzo dobrze znane rodzicom dzieci, które ukończyły conajmniej 1,5 roku. Jednak zazwyczaj chyba kojarzone niezbyt pozytywnie albo problematycznie.

Ja chciałabym o nich napisać w trochę innym kontekście i nie wiem do końca, od której strony zacząć, dlatego zacznę od pewnego wytłumaczenia dlaczego…

Nie wiem czy wiecie, ale miałam ambitne plany zrobienia doktoratu. Moja magisterka była dla mnie ciekawą i pełną wiedzy przygodą, którą bardzo chciałam kontynuować. Badałam, czy ludzie poddani czynnikowi zwiększającemu poziom dopaminy w organizmie zmieniają swoje decyzje. Przeogromnie interesująca przestrzeń. Natomiast moją największą bolączką w tym przedsięwzięciu stanowił sposób pisania mojej pracy. A mianowicie… piszę tak, jak mówię. A naukowe prace kierują się własnymi prawami, więc musiałam całą pracę przepisywać w wielkich bólach tak, by brzmiała poważniej.

Tutaj liczę na to, że nie jest to konieczne…

(Jednak trochę konieczne było, ale minimalnie i zajął się tym ktoś inny – nie ma za co, Olo:P)

Poproszę Cię teraz, byś wyobraził sobie… wyobraziła… taką sytuację: przyszli goście. Wchodzą do Twojego domu, w którym roznosi się woń przepysznego, świeżego ciasta. Słów zachwytu nad samym ciastem nie brak. Zapraszasz gości do środka, a tu kolejne cuda wianki. Piękne ściany, piękne meble, piękne obrazy, kwiaty, naczynia, piękny porządek. Wszyscy Cię chwalą i gratulują, że pięknie mieszkasz. Potem jedzą to ciasto i mówią, że niesamowicie smakuje.

Mogę to też np. dla ułatwiania dla osób, które nie lubią aranżacji wnętrz ani cukiernictwa przyrównać to np. to auta… Nie dość, że świetnej marki, to jeszcze taki wypasiony silnik, czy inne flaczki.

I teraz opcja A – dużo czasu poświęciłaś, poświęciłeś na zrobienie tego domu: wybieranie każdego elementu, porównanie farby ścian, przykładanie w świetle dziennym koloru podłogi i tak dalej, i tak dalej… A ciasto to przepis z babki prababki, od zawsze pieką je w Waszej rodzinie i Ty też. Cieszy Cię docenienie, że Twój wysiłek się opłacił. Oczywiście znajdą się ludzi, którzy nie lubią szarlotki, albo mają inny gust wnętrzarski, ale to osobny wątek

Opcja B – właściwie to nie Twój dom, tylko go wynajmujesz, a ciasto kupione świeże w cukierni. Więc fajnie, że gościom jest miło, bo tak miało być, ale włożony w to wysiłek nie jest aż tak duży, jak sądzą.

Do czego, myślisz, zmierzam? Przecież nie do Waszych czterech kątów, ani wypieków.

Zmierzam do określenia tego, jaką istotę może mieć satysfakcja z własnej pracy. Jaka jest w tym różnica, gdy coś zrobimy sami a gdy tego nie zrobimy? Jaki jest poziom zadowolenia, gdy zrobimy coś sami i to się udało tak, jak chcieliśmy oraz gdy efekt okazał się nie do końca zadowalający? JAKĄ LEKCJĘ z tego wyciągamy?

My, jako rodzice bardzo chcemy, by naszym dzieciom „się udało”. By zrobiły wszystko to, co nam się wydaje, że powinny zrobić w danym miejscu i czasie. Pomijam w tym momencie sytuacje, w których jest to bardzo konieczne oczywiście.

Nasze dzieci jednak potrzebują jedynie naszego wsparcia i wiary. Tylko tyle i aż tyle, by móc realizować swój pomysł na przestrzeń i czas. Bez tego nie będą budowały swojej kreatywności, co z czego zrobić, jak to zrobić, jak sobie poradzić teraz w zabawie i później w życiu. Bez prób robienia różnych rzeczy samemu, nie będą wiedziały co tak naprawdę potrafią, a co sprawia im problem. Bez wiedzy o tym, co sprawia im problem, nie będą wiedziały, że mogą szukać pomysłu jak sobie z nim poradzić. Bez potknięć nie ma rozwoju. Potknięcia przy naszym bezpiecznym boku są bezpieczne!;) Więc chyba lepiej, by popełniały tych błędów i potknięć jak najwięcej póki są przy nas, bo oprócz bólu i goryczy porażki, dostaną też słowa otuchy i wiary. A takie kodowanie w przyszłości zaowocuje tym, że nie będą się łatwo poddawać. Dlaczego? Bo przecież mama i tata zawsze mówili, że mogę wszystko! I sobie poradzę!

Pozwólmy im samym decydować o tym, co chcą i jak chcą zrobić z tym co mają przed sobą. Mają całe życie, a to tutaj to tylko trening! I wspierajmy je w tym. Dostrzegajmy i doceniajmy to co udaje im się zrobić, a widzimy, że stanowi to rozwój. Nie strofujmy ich, bo jesteśmy niecierpliwi albo chcemy nimi zrealizować swoją potrzebę. Tak, dokładnie tak. Swoją potrzebę… Mówimy dziecku by zrobiło, wzięło, poszło, bo nas już gdzieś tam swędzi, żeby to zrobić. Wiem to na pewno. Skąd? Z autopsji! Hahaha…!

Bardzo istotne w tym wszystkim jest uświadomienie sobie, że możemy oddać dziecku jego przestrzeń, samemu zajmując się w tym czasie tym czego my potrzebujemy. Nawet jeśli jest to jakaś rzecz dla naszego dziecka, to jest ok, jeśli taka jest właśnie nasza potrzeba! Przecież tak naprawdę możemy wszystko. My decydujemy o naszym czasie i o tym, co z nim robimy. Możemy rozłożyć folię na całej podłodze, wyjąć farby, wielki papier i zestaw pędzli DLA SIEBIE! Albo ja to dla Was zrobię! Dlaczego nie?:)

Tak motanie się tutaj w mojej wypowiedzi między dziećmi a dorosłymi mogę podsumować w jedyny słuszny sposób: zadbajmy o swoje potrzeby tak, jak dbamy o potrzeby naszych dzieci. Wyjdzie to i im i nam na zdrowie. Żyjmy, by one mogły żyć. Realizujmy się, by one mogły się realizować. Dajmy sobie odrębność, by nasze dzieci miały swoją. Opowiadajmy im o naszych marzeniach i pomysłach oraz słuchajmy o ich marzeniach i pomysłach.

Czując, że „my i nasze” jest ważne, nauczymy naturalnie tego samego dzieci, że one i ich jest ważne!

To kiedy stworzyć dla Was przestrzeń do spełnienia kreatywnego?:)

Olo.